środa, 11 marca 2020

Wprowadzenie

Nie wiem na co liczycie ale to nie będzie bajkowa opowieść upstrzona górnolotnymi epitetami.
Nie będzie to historia pozytywna, nie będzie zabawna ani lekka.
Nie będzie to dokument ani nawet science - fiction.
Będzie to prawdziwa opowieść o przemijaniu życia zatroskanego i utrudzonego obywatela, który chciał coś w życiu zmienić, a skończył... w odosobnieniu.
Bez bratniej duszy, bez wysysających energię do ostatniej kropli kochanych dzieci.
Bez przyjaciół, rodziny.
Bez pracy, bez dechu. Bez nadziei...
Z wkradającymi się wszelkimi szczelinami mackami strachu, z białymi postaciami przemykającymi przez przepastne korytarze niczym duchy sanitariuszami. I cisza...
I w klatkach obok pozamykane pozostałe obiekty badań bezgłośnie wzdychają w rozważaniach nad tym co było, co jest i co ma nastąpić... 


Podchodzę do okna, żeby zająć myśli czymś innym, by zobaczyć codzienny korek, który oddawał ducha tętniącej życiem stolicy. Ciemno. Cicho. Tylko światło karetek rozświetla mrok, by za chwile zniknąć bezdźwięcznie za rogiem mrocznej kamienicy z czasów II wojny. I myśl taka przychodzi, że oni nie mieli czasu na strach. Oni po prostu działali. A tu działać się nie da. Trzeba czekać. 

Nagle podjeżdża kilka busów, wyskakują duchy w kitlach, wypakowują inne kitle - skażone. Rozpoznaję po stosowanych procedurach, ze to bliscy zarażonych. Przerzucają jak osełki masła w biedronce na Olszynki. Rodziny... co się dzieje z moją? Kiedy będę mógł ich zobaczyć? Czy w ogóle? yhy yhy yhy. Kolejny atak kaszlu wyrywa mnie z natłoku myśli i wpuszcza przez szczelinę w starym drewnianym oknie pierwszego karalucha strachu. 

Przeglądam ostatnie zdjęcia w telefonie na resztkach baterii... kto wie kiedy znowu będę miał taka okazję... cholerna elektronika, a żona mówiła, że papier przetrwa wszystko... W mądrych książkach pisali, że to pierwszy objaw schizofrenii - tworzę sobie z siebie czytelnika własnych myśli, który ma odrębny byt. Czy to już trzecie stadium? 

Znowu duchy na korytarzu. Zaczynam rozpracowywać ich ruchy jak bohater jednego z filmów z Russelem Crow ruch gołębi za kawałkiem chleba. Stają się przewidywalni. Nauczyłem się już ich rozpoznawać po gestach, odruchach, ścieżkach którymi się snują. I zastanawiam się czy to jeszcze na pewno sanitariusze czy może... ucinam tą myśl by nie zwariować. 

W samotności rodzi się beznadzieja. 

Po co piszę? 
Czy ktokolwiek to kiedykolwiek przeczyta, czy to tylko już potrzeba materializacji myśli w tym sterylnym środowisku, w szpitalu na szybko zorganizowanym na Mordorze... Aż strach pomyśleć co robią teraz korporacyjne szczury zabijające się dla kariery jeszcze przed wybuchem epidemii.

Mój wzrok ląduje znów na oknie… Łapanki na ulicach. Białe kitle paralizatorami neutralizują przechodniów. 
Nikt nie jest bezpieczny. 
Nikt nie jest bez winy. 
Nikt już o nic nie pyta. 
Tylko gdzieś jeszcze na rogu majaczy naderwany, powiewający na skażonym wietrze transparent: "KONSTYTUCJA!!!"

Wprowadzenie

Nie wiem na co liczycie ale to nie będzie bajkowa opowieść upstrzona górnolotnymi epitetami. Nie będzie to historia pozytywna, nie będzie ...